piątek, 27 lutego 2015

Crepes Suzzete w porto


Jeśli macie skłonności do piromanii to dzisiejszy przepis Wam się spodoba. Crepes suzette to naleśniki maczane w syropie z masła i pomarańczy, polewane alkoholem i podpalane. Żałuję, że nie udało mi się wpaść na pomysł jak je wtedy sfotografować. I tak miałam z nimi mnóstwo zabawy. Nie udało mi się jeszcze opanować sztuki podrzucania ich i obracania, ale wierzcie próbowałam :)

W oryginalnym przepisie używamy likieru pomarańczowego i koniaku jako alkoholi, które pozwolą naszym naleśnikom stanąć w płomieniach. Ja postanowiłam użyć tego co miałam pod ręką, czyli porto. Wydaję mi się, że dobrze przełamuje smak pomarańczy i podkręca smak deseru. Jeśli samodzielnie robicie owocowe nalewki, na pewno sprawdzą się równie dobrze. Owoce z nich również mogą stanowić świetny dodatek. Polecam! :)

środa, 25 lutego 2015

Sole Meuniere


Powoli żegnamy się z kuchnią francuską. Dziś mam dla Was coś baaardzo prostego, więc wymagającego wyśmienitych składników i perfekcyjnego przygotowania. Pierwsze kulinarne uniesienie Julii Child, kiedy pojawiła się we Francji - Sole Meuniere, czyli sola w maśle. Meuniere, tak naprawdę oznacza żonę piekarza i odnosi się do sposobu przygotowywania, czyli obtoczenia ryby w mące przed smażeniem. Z czym takie cudo podać? Najlepiej z niczym :) Ja jednak lubię mieć jeszcze jakieś warzywo na talerzu, więc proponuję szparagi lub zieloną fasolkę.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Baeckeoffe


Jak widzicie nie odpuszczam i kontynuuję gulaszowe szaleństwo. To już ostatni taki garnek pełen francuskich pyszności. Tym razem padło na baeckeoffe, czyli danie z Alzacji. W tej sąsiadującej z Niemcami krainie skosztujecie treściwych potraw, często marynowanych w winach i piwach. W Alzacji robią też kiszoną kapustę, zupełnie jak u nas. Nie jest to smakołyk powszechnie znany w wielu krajach. 

piątek, 20 lutego 2015

Creme brulee


Bałam się, że mi nie wyjdzie, ale udał się pysznie. Wreszcie znalazłam idealne proporcje dla moich foremek. Dziś słodki piątek umili Wam przepyszny creme brulee, czyli klasyka. Deser dla fanów słodkości. Podoba mi się w nim również to, że całość przygotowujemy poprzedniego dnia i wstawiamy na noc do lodówki, a następnego dnia, jeśli spodziewamy się gości, pozostaje nam tylko posypać wierzch cukrem i skarmelizować go palnikiem. Możemy więc rozłożyć pracę na raty i spokojnie delektować się efektami.

środa, 18 lutego 2015

Cassoulet


Dzisiaj danie dla prawdziwych hardcorowych pań domu. Cassoulet to potrawa z Langwedocji. W jej skład wchodzi przede wszystkim fasola oraz mięsa - kacze lub gęsie oraz wieprzowe. Podejrzewam, że powstała jako danie tworzone z resztek mięsa, które pozostawały w domu. Tymczasem teraz odtworzenie jej wymaga nie tylko posiadania tych wszystkich "resztek", ale przede wszystkim półtora dnia przygotowań. Brzmi groźnie, ale gotowe danie starcza dla 10-12 osób. Jeśli więc wybieracie się na tygodniowe babskie wakacje i chcecie zostawić mężowi w lodówce coś do jedzenia, to na pewno mu się spodoba. Przyda się też mamom, które chciałyby wykarmić drużynę koszykówki swojego syna ;) 

poniedziałek, 16 lutego 2015

Oszukane kacze confit


Przepis na oszukane kacze confit pochodzi z książki Davida Lebovitza "Moja kuchnia w Paryżu". Confit z kaczki lub gęsi to, oryginalnie, mięso gotowane w tłuszczu. Najpierw się je marynuje w soli, a następnie powoli gotuje. Długi czas gotowania sprawia, że jest bardzo miękkie i łatwo odchodzi od kości. Był to sposób na konserwowanie mięsa, które zatopione w tłuszczu mogło przetrwać wiele tygodni.


sobota, 14 lutego 2015

Kochaj mnie jak Paul Child Julię...

1965
Zachwycać się Julią, nie dostrzegając Paula Childa, to tak, jakby zachwycać się pięknem witraży i nie dostrzegać w tym pięknie roli słońca. Jedno spotyka drugie i nagle dzieje się coś magicznego. Zanim Julia Child rozkochała Amerykanów w kuchni francuskiej, on rozkochał ją w sobie, jedzeniu, gotowaniu i sztuce szczęśliwego życia.

Mogłabym napisać, że Paul Child stał w cieniu żony, ale to nieprawda, bo stał u jej boku. Mogłabym też napisać, że podporządkował jej swoje życie, ale to również nieprawda, bo w pierwszej kolejności to ona przyjęła rolę typowej amerykańskiej żony z tamtych lat i, nie mając lepszego pomysłu na siebie i swoje życie, podążyła za nim do Francji. Co więcej, kiedy już ten pomysł miała i tak podróżowała z nim, do momentu, kiedy zakończył swoją dyplomatyczną karierę w 1961. 

Jeśli czytaliście "Moje życie we Francji" i macie książkę pod ręką, otwórzcie kilka losowo wybranych stron. Imię Paul pojawia się prawie na każdej z nich. Ruth Reichl w swoim artykule "Przepis Julii Child na doskonałe nowoczesne małżeństwo" wspomina, że przy Julii zawsze miało się wrażenie, jakby Paul był w drugim pokoju i miał za chwilę przyjść, i dołączyć do nich przy stole. Nawet 7 lat po jego śmierci.

środa, 11 lutego 2015

Coq au vin - kurczak w winie


Przenieść się na chwilę do francuskiej auberge lub zanurzyć się w opowieści o Hrabim Monte Christo. Takie myśli mnie nachodzą, kiedy zajadam się francuskim kurczakiem w winie. Może już to pisałam przy okazji wpisu o wołowinie po burgundzku, ale gulasze francuskie to jest coś nieziemskiego. Jeśli potrzebujecie miski pełnej pociechy, która ogrzeje Was w zimowy wieczór, chwytajcie za garnek. Ciągle zadziwia mnie jak w prosty sposób powstaje coś tak pysznego!

poniedziałek, 9 lutego 2015

zupa cebulowa


Cebula - równie powszechna co niedoceniana. Kiedy jest surowa ma ostry smak, choć są i tacy, którzy jedzą ją jak jabłka. Upieczona, uduszona lub długo i dobrze wysmażona oddaje to co ma w sobie najlepszego - słodycz i głęboki smak. Wystarczy mieć do niej trochę cierpliwości.

Uwielbiam zupę cebulową to francuski klasyk. Polecam też jej zredukowaną wersję, czyli cebulę duszoną w minimalnej ilości bulionu, do której można dodać kiełbaskę lub boczek i odrobinę pomidorów. Nie jest to danie lekkostrawne, ale jako zupa do obiadu nie powinno Wam specjalnie zaszkodzić. Nie polecam jej, natomiast, małym dzieciom.

piątek, 6 lutego 2015

Tarte tatin

Miło mi powitać Was dziś pierwszym postem z serii SŁODKIE PIĄTKI! Cel tej serii jest prosty. Nie traćcie czasu na zastanawianie się co smacznego upiec lub przygotować na weekend dla Waszej rodzinki. W kuchni wieczorem znajdziecie gotową odpowiedź.

Zacznę w duchu kuchni francuskiej, którą poznajemy w tym miesiącu. Tarte tatin to tarta z jabłkami w karmelu na cieście francuskim. Cały trick w tym, że piecze się ona do góry nogami. Zaintrygowani? Najpierw karmelizujemy jabłka i układamy w formie do pieczenia, a na nie układamy ciasto.

Czemu tak, a nie inaczej? Wersji jest kilka, ale sprowadzają się one do opowieści o siostrach Tatin, które prowadziły restaurację i hotel i chcąc uratować ciasto zastosowały właśnie taki o to trick. Jedni twierdzą, że po prostu jedna z sióstr się pomyliła i najpierw ułożyła w formie jabłka, a że czas naglił to przykryła je ciastem i po upieczeniu całość przewróciła do góry nogami. Inni uważają, że przypaliła jabłka i nie chcąc narażać ich na dalsze podpiekanie przykryła je ciastem, które chroniło je przed zbytnim ciepłem.

środa, 4 lutego 2015

Kisz lotaryński - tartaletki


Kisz lotaryński to zwykła, niezwykła tarta. W dodatku dość uboga, jeśli chodzi o dodatki, bo w klasycznym przepisie nie ma ani cebuli, ani sera. Żeby nie było nudno, bo tarty publikowałam już wiele razy (np. z kiełbasą, z pomidorkami, z cukinią) postanowiłam zmienić trochę samą formę i zrobić tartaletki. Przyznaję, że mogły wyjść ładniejsze i muszę jeszcze poćwiczyć, ale gwarantuję Wam, że mięsożercy będą się nimi zajadać. Tarty najlepiej podawać z sałatami, rukolą lub szpinakiem, skropionymi prostym dresingiem i kieliszkiem białego wina.

wtorek, 3 lutego 2015

Kuchenne ABC - creme fraiche

Creme fraiche, czyli francuska śmietana, przyda się do wielu potraw.

Wg Rachel Khoo łatwo zastąpimy ją łącząc śmietanę kremówkę 36% ze śmietaną 22% w stosunku 2:1.

Inny przepis, autorstwa Davida Lebovitza proponuje do śmietany 36% (250ml) dodać 2 łyżki maślanki.

Julia Child jest mniej precyzyjna. Zaleca dodanie do szklanki śmietany kremówki 1 łyżkę kwaśnej śmietany. Następnie trzeba zostawić mieszankę na noc, żeby całość się ukwasiła. 

Na sam koniec, zdradzę, że dość długo konsekwentnie do wszelkiego rodzaju dań francuskich dodawałam śmietanę 18%, jednak myślę, że w tym miesiącu warto się troszkę wysilić i zrobić wszystko zgodnie ze sztuką. Creme fraiche wykorzystamy już jutro.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Luty - kuchnia francuska


Dzięki Google Maps można wirtualnie pospacerować po wielu pięknych miastach na świecie. Spacerowaliście już w ten sposób po Paryżu? Podobno, mimo, że każdy z nas może to zrobić, większość osób skupia się na oglądaniu ulicy, przy której mieszka :) Ot i taki mały przykład na zgubny wpływ naszego egocentryzmu. Sama należałam do tej grupy, ale ostatnio postanowiłam trochę pozwiedzać. Trafiłam w ten sposób, między innymi, do wnętrza restauracji Le Grand Colbert, którą możecie znać z komedii romantycznej z Diane Keaton i Jackiem Nicholsonem "Lepiej późno niż później". Z ciekawostek dodam, że w pierwotnym scenariuszu miał znaleźć się lokal Brasserie Lipp, ale nie myśląc zbyt przyszłościowo ktoś z jego załogi wycofał się w ostatniej chwili ze współpracy.

czwartek, 11 grudnia 2014

Premiery wydawnicze, jesień 2014. Cz. III - Rachel Khoo, "Moja mała francuska kuchnia"

Rachel Khoo, "Moja mała francuska kuchnia", zdjęcia: David Loftus


Tarta, którą robiłam w poniedziałek (klik) to przepis właśnie z książki Rachel Khoo. To druga publikacja tej autorki po "Małej paryskiej kuchni", którą mam w posiadaniu. Jest coś takiego w Rachel Khoo, że od razu zapałałam do niej ogromną sympatią. Chyba po prostu uwiodła mnie historia, w której porzuca swoje brytyjskie życie i wyrusza do Francji, by tam uczyć się w sławetnym Le Cordon Bleu. Dorabia opiekując się dziećmi i pracuje w księgarni pełnej książek kucharskich. Czyż nie marzycie skrycie o takim życiu?

Rachel Khoo to dla mnie takie połączenie Julii Child i Nigelli Lawson. Łączy zamiłowanie do francuskiej kuchni, poparte solidną wiedzą i dyplomem z nonszalanckim i lekkim podejściem do gotowania. Coq au vin (kurczak w winie) w roli szaszłyków? Rachel przekornie puszcza do nas oko i podkreśla, że jej francuskie dania muszą mieć "a little twist" (być podrasowane, trochę szalone). Już widzę mdlejących Francuzów i wydobywający się z ich ust niemy krzyk "mon Dieu!!". 

W pierwszej książce dostaliśmy porcję przepisów podzielonych w zależności od okazji przy jakiej serwujemy dania. W recenzowanej dziś "Mojej małej francuskiej kuchni" przepisy podzielone są w zależności od regionów, a mamy ich 6. Każdy rozdział poprzedza krótka notka, której towarzyszą szkice autorstwa Rachel. To takie małe przeurocze rysunki, które są jej znakiem firmowym i nadają całości niepowtarzalny urok. 

Same przepisy są dość proste, a dania bardzo smakowite. Już mam zaznaczone kilka do zrobienia w pierwszej kolejności. Znajdziecie tu wszystko - i desery, i przystawki, i porządny obiad, przy którym dużo się nie narobicie. Pisałam już wcześniej o francuskich gulaszach i pieczonych mięsach. Uwielbiam je, bo są proste i zawsze wyborne. Sporo jest tu owoców morza i ryb. Ja ciągle nie jestem fanką takich dań, bo nie mam zaufania do świeżości takich produktów w naszych sklepach, ich specyficzny zapach, kiedy je obrabiamy wypełnia całe mieszkanie, a i smakowo jakoś ciężko mi się przekonać. Wolałabym więc, żeby kosztem tych przepisów było więcej dań wegetariańskich i mięsnych. Może jednak trzeba podejść do tematu inaczej i spróbować się zaprzyjaźnić z mulami? Może możecie polecić jakąś dobrą knajpę w Warszawie, gdzie kucharz odczaruje dla mnie owoce morza?

Wracając jednak do książki, wydana jest ładnie i w moim stylu, choć od strony typograficznej nie powala. Nadrabia oczywiście matowymi stronami, twardą oprawą i przede wszystkim fotografiami Davida Loftusa. Fenomen jego fotografii jest dla mnie ogromną zagadką. Przyglądam się im czasem, próbując rozgryźć czemu mi się podobają. Czasem widzę stylizację, która w innym wydaniu wydawałaby mi się nudna lub godna kanonów lat 90tych, a jednak u niego to przechodzi. Może naprawdę matowy papier, na którym prezentują się zdjęcia więcej wybacza? Loftus przy książkach kucharskich jest raczej minimalistą. Głównym tematem i często jedynym obiektem na fotografii jest danie. Nie bawi się w tysiące akcesoriów i skrzętnie dobierane tkaniny. A jednak w książkach, czy to Rachel, czy Jamiego, wszystko pięknie ze sobą gra. No i o to chodzi. Oprócz zdjęć potraw książkę uzupełnia porcja reporterskich ujęć z podróży i portrety Rachel Khoo. Wszystko poprawnie, z wyczuciem, klasycznie. 

Tak więc, mniej więcej, prezentują się moje spostrzeżenia na temat książki i jej twórców. Polecam fanom francuskiej kuchni, którzy chętnie poznają ją we współczesnym wydaniu. Ja właśnie patrzę na przepis na owoce morza z kruszonką i zastanawiam się czy podjąć to wyzwanie czy nie? Chyba jednak zacznę od jakiejś sprawdzonej knajpki. Szkoda, że do Francji tak daleko :)

Moja ocena: ***** (4/5)

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Tarta z marchewką i tymiankiem


Dziś wariacja na temat francuskiej tarty tatin. Klasycznie, ta odwrócona tarta kusi skarmelizowanymi jabłkami. Jednak nie mniej smaczna jest z dobrze przyrządzonymi warzywami. Marchewka sprawdza się wybornie! Już dla samego zapachu, który powstaje, gdy smażymy ją na maśle, warto wypróbować przepis. Do tego świeży tymianek, łyżka miodu. Słodycz marchewki świetnie komponuje się z francuskim ciastem. Widziałam też w wczoraj w gazecie przepis na taką tartę z burakami. Zapewne tę wersję też wypróbuję. Dziś jednak na pomarańczowo.




Składniki
ok. 5 dużych/średnich marchewek obranych i pokrojonych w ćwiartki
3 gałązki świeżego tymianku
2 łyżki masła
1 łyżka miodu
szczypta soli
ciasto francuskie

Sposób przygotowania
Ilość marchewek możemy sprawdzić układając je w formie do tarty, tak, żeby pokrojone zapełniły cały spód.
Rozgrzewamy patelnię i topimy na niej masło. Wrzucamy marchewki i tymianek. Smażymy 10-15 minut, często obracając marchewki tak żeby przyrumieniły się z każdej strony. Gdy są gotowe dodajemy do nich szczyptę soli i łyżkę miodu i mieszamy.

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Formę na tartę smarujemy masłem. Układamy na niej marchewki. Z ciasto francuskiego wycinamy koło większe odrobinę od formy na tartę. Tuż przed wstawieniem do piekarnika układamy ciasto na marchewkach i zaginamy do wewnątrz jego boki. Pieczemy 25-35 minut aż ciasto ładnie się zarumieni. Ja kupiłam ciasto nazwane ciastem do croissantów, bo od razu było okrągłe i nie trzeba go było wycinać. Odrobinę tylko rozwałkowałam.

Po wyjęciu, kładziemy talerz na formie i odwracamy ją do góry dnem. Tak, żeby nasza tarta wylądowała na talerzu, marchewkami do góry.






wtorek, 2 grudnia 2014

Boeuf bourguignon, czyli Julie, Julia i Ja


Nie wiem jakim cudem ten przepis ląduje na moim blogu dopiero dziś. Na pewno ma znaczenie fakt, że kiedy wreszcie po 2-3 godzinach duszenia się w piekarniku można wyjąć garnek, to rzucam się na to danie wygłodniała i zniecierpliwiona. Talerze czekają na stole, wino oddycha w kieliszkach, a bagietka w koszyku aż prosi się, żeby zanurzyć ją w sosie.

Boeuf bourguignon! Danie kuchni francuskiej, które Amerykanie poznali dzięki Julii Child, a my poznaliśmy je i Julię dzięki Meryl Streep i filmowi Julie i Julia. To chyba mój ulubiony film, w którym kulinaria są kolejnym bohaterem. Dzięki niemu poznałam i zakochałam się w Julii Child. Więcej o niej i książce "Moje życie we Francji", którą jeśli podobał Wam się film musicie przeczytać, znajdziecie w tym poście. Fascynująca postać.

Wracając do bohatera dzisiejszego dnia, gulaszu z wołowiny, jest to danie niezawodne i przepyszne. Francuzi mają zresztą duszenie mięs świetnie opanowane. A to kurczak, a to wołowina, a to cięlęcina, trochę marchewki i cebuli, zalać winem, bulionem, dodać zioła. Voila! Sam czas duszenia wymaga trochę cierpliwości, ale ilość naszej pracy w całym gotowaniu jest i tak nieduża. Poza tym, sprowadza się do krojenia, obierania, podsmażania i wrzucania do jednego garnka. Nic trudnego. Każdemu się uda. Nie przejmujcie się długością opisu przygotowania, który jest poniżej. Starałam się po prostu opisać wszystko dokładnie, co, jak i dlaczego, tak a nie inaczej.

A Wy, robiliście już boeuf bourguignon?


Składniki
1,5kg mięsa wołowego gulaszowego (ja użyłam łopatki)
150g wędzonego boczku
4 marchewki
5 średnich cebul
0,5kg pieczarek
400g pomidorów (mogą być z puszki)
250ml czerwonego, wytrawnego wina
ok. 2 szklanek bulionu wołowego
bukiet ziół
4 gałązki tymianku
5 ziaren ziela angielskiego
3 rozgniecione ząbki czosnku z łupinami
1 liść laurowy

Sposób przygotowania
Mięso wołowe, jeśli nie jest pokrojone, kroimy w spore kawałki ok. 5cm, solimy i pieprzymy, obsmażamy na oleju na gorącej patelni. Następnie przekładamy do garnka, w którym będziemy piec gulasz. Można to zrobić w dwóch turach. Następnie podsmażamy pokrojony w niewielką kostkę boczek i dodajemy do garnka z wołowiną.

Czas na warzywa. Podsmażamy pieczarki w całości, większe sztuki można przekroić na pół lub ćwiartki. Dorzucamy do garnka. Cebulę kroimy w ósemki, marchewkę w grubsze plasterki. Warzywa podsmażamy na patelni aż cebula lekko zmięknie. Solimy w międzyczasie, żeby się nie przypaliła. Przekładamy do garnka.

Zalewamy patelnię winem i redukujemy o połowę. Przelewamy do garnka.

Do garnka dodajemy jeszcze pomidory i zalewamy bulionem tak, żeby przykrył mięso. Na koniec dodajemy bukiet ziół zawinięty w gazę. Ja używam zamiast gazy dużych torebek na herbatę sypaną (sprawdzają się świetnie w takim rozwiązaniu. Nie dosalamy gulaszu. Solone było mięso, słony był boczek i soliliśmy marchewkę z cebulą. Najwyżej doprawicie na końcu po zredukowaniu sosu.

Pieczemy 2-3 godziny w 160 stopniach pod przykryciem, aż mięso będzie miękkie. Do czasu zagotowania się sosu nie zakładajcie pokrywki na garnek, zróbcie to dopiero kiedy sos się zagotuje w piekarniku. Czemu? Bo z pokrywkę będzie to zwyczajnie dłużej trwało.

Kiedy mięso jest miękkie przecedzam sos na dużą patelnię przez durszlak. Warzywa i mięso z durszlaka wrzucam ponownie do garnka i wstawiam do stygnącego piekarnika, żeby nie wystygły. Sos redukuję na średnim ogniu aż trochę zgęstnieje. Następnie wlewam z powrotem do garnka.

Podaję z wiejską bagietką lub wiejskim chlebem. Pychota!


środa, 5 listopada 2014

Premiery wydawnicze, jesień 2014. Cz. I - David Lebovitz, "Moja kuchnia w Paryżu. Przepisy i opowieści"


Tej jesieni mamy wysyp naprawdę świetnych książek kucharskich. Jeśli szukacie prezentu dla kogoś, kto lubi gotować lub szuka ładnej eleganckiej pozycji do położenia na stoliku do kawy, to nie powinniście mieć problemu z jej znalezieniem. Jeśli natomiast, tak jak ja, uwielbiacie kolekcjonować piękne książki z przepisami to czeka Was najpierw euforia, że tyle pozycji ukazało się na naszym rynku, a potem rozpacz, że nie możecie kupić od razu wszystkich. Chyba, że możecie, wtedy proszę się nie przyznawać, bo rozpłaczę się z zazdrości ;)

Zmuszona do ograniczeń, wybrałam trzy pozycje wydawnicze. Jestem ogromną fanką autorskich książek kucharskich. Kiedy otwierasz taką książkę, zasiadasz do stołu z jej autorem, suto przez niego zastawionego, a on zaczyna snuć swoją opowieść. Kiedy przeglądam książki w księgarni, to tak naprawdę przechadzam się między różnymi stołami i to, do którego usiądę zależy nie tylko od tego co na nim stoi, ale też w ogromnej mierze, od tego jak jest podane. Niestety, muszę przyznać, oceniam książki po okładce. Czule głaszczę twarde oprawy i przerzucam matowe kartki papieru, zachwycając się pięknymi fotografiami. Kredowy papier jest w stanie skutecznie popsuć mi przyjemność kontaktu z książką. Czasem, dla autorów, których znam i bardzo lubię robię wyjątki od swoich poligraficznych upodobań. Dziś pierwszy post z trzech, w których opiszę czego możecie się spodziewać po poszczególnych pozycjach wydawniczych.

David Lebovitz, "Moja kuchnia w Paryżu. Przepisy i opowieści", zdjęcia: Ed Anderson


Po skromnie wydanej książeczce, jaką było "Słodkie życie w Paryżu", ta książka wreszcie prezentuje się na miarę możliwości swojego autora. David Lebovitz zaprasza do swojego stołu i do swojego Paryża, który zdecydowanie różni się od sielskiej i filmowej opowieści, jaką kiedyś snuła Julia Child. Obok klasyki, takiej jak zupa cebulowa, naleśniki czy coq au vin znajdziemy tu przepis na chlebki naan czy szakszukę. Paryż XXI wieku to miejsce wielokulturowe, które stwarza okazję do poznania kuchni z całego świata i na to David Lebovitz jest otwarty.

Zanim jednak zasiądziemy do przystawek, dań głównych i deserów, przejdziemy się po okolicy i posłuchamy o produktach, których używa David i jego filozofii gotowania. Zaprowadzi nas na targ i do lokalnych sklepów. Dowiemy się co poleca, co odradza, co go dziwi, a co zachwyca. Potem z siatką zakupów wrócimy do kuchni, gdzie przyjrzymy się jego sprzętom i znów poplotkujemy o gotowaniu.

Po krótkiej, ale przyjemnej wycieczce nadchodzi czas, żeby napełnić kieliszek wina, usiąść na krzesełku w kuchni i przyjrzeć się jak David gotuje. Przepisy podzielone są ze względu na typy dań: przekąski, przystawki, dania główne, dodatki i desery. Najwięcej miejsca poświęcone zostało daniom głównym i deserom. Nie mogło być inaczej w przypadku tych ostatnich, ponieważ autor, doświadczony cukiernik, ewidentnie ma słabość do słodkości. Czekolada rozpływa się po kolejnych stronach.

To, co bardzo mi się podoba, co sprawia, że ta książka ma dla mnie większą wartość niż inne tego typu pozycje, to tytułowe opowieści, które są znaczącą częścią publikacji. Zrezygnowano z fotografowania każdej potrawy, żeby zrobić im miejsce. Dzięki nim naprawdę mamy wrażenie, że oto spotkaliśmy się z naszym dawno nie widzianym znajomym, który opowiada nam jak odbiera Francję, Francuzów i co go spotkało podczas podróży jaką wciąż jest mieszkanie w obcym kraju. W zasadzie, czytając, obserwujemy zderzenie dwóch kultur, Amerykanina z Francuzami. Lebovitz opisuje je z właściwym sobie przekąsem. Nie powstrzymuje emocji. Potrafi się szczerze zadziwić, oburzyć, ale i zachwycić, a nawet pokornie spuścić głowę przed kulinarnymi umiejętnościami Francuzów. Dodatkowo, pośród prywatnych wspomnień i wrażeń, Lebovitz przemyca gdzieniegdzie garść konkretnych informacji i ciekawostek o kraju, w którym jest gościem. Czyta się to naprawdę świetnie. Fajnie, że książka ma przyszytą materiałową zakładkę, żebyśmy zawsze wiedzieli, na czym skończyliśmy. Mała rzecz a cieszy.

Przepisy, tak jak pisałam, to nie tylko klasyka kuchni francuskiej, ale również dania z innych części świata. Dla jednych to zaleta książki, dla innych - wada. Ja zaliczam się do tych pierwszych. Składniki potraw są nam bliskie, choć gatunki serów mogą wprawić w osłupienie. Bardzo przydatne jest, że proporcje podawane są na dwa sposoby jednocześnie. Na przykład, szklanka cukru pudru (130g). Autor podkreśla jednak, i ma rację, że gotować trzeba z głową i najbardziej ufać własnemu doświadczeniu, więc jeśli coś w przepisie wydaje nam się podejrzane, róbmy to po swojemu, na oko (au pif - po francusku na nosa).

Za fotografie odpowiedzialny jest Ed Anderson. Oprócz zdjęć potraw, które jak wcześniej pisałam, pojawiają się nie przy każdym przepisie, znajdziemy w książce panoramy miasta, zdjęcia z targów, a czasem fotografie jak krok po kroku wykonać daną potrawę lub jej część. Fotografię są oczywiście bardzo ładne, ale bez zbędnego zadęcia. Nie ma tu wydumanych stylizacji. Ich siłą jest prostota, trochę reportażu i kolaże.

"Moja kuchnia w Paryżu. Przepisy i opowieści" to nie jest książka, którą kupicie, przejrzycie i odłożycie na półkę. To książka, która zagości na stoliku nocnym lub kawowym, żeby móc w wolnej chwili wyskoczyć do Paryża i wybrać się na kolację  lub przekąskę z Davidem Lebovitzem i posłuchać jego opowieści, spędzić miło czas, pośmiać się. Za to ją najbardziej cenię i polecam Wam z całego serca.

Moja ocena: ***** (5/5)


W kolejnych wpisach przedstawię "Moja francuska kuchnia" Rachel Khoo i "What Katie Ate. Prosta kuchnia w dobrym stylu" Katie Quinn Davies.

poniedziałek, 27 października 2014

Królik w sosie musztardowym


To moje pierwsze podejście do królika i myślę, że całkiem udane. Dlatego też polecam ten przepis innym, którzy chcieliby się zmierzyć z tym produktem we własnej kuchni. Mięso królicze jest bardzo delikatne i smaczne, a przy tym zawiera mało tłuszczu. Jeśli jednak wykąpiemy je w śmietanie, tak jak w tym przepisie, nie ma co liczyć na walory dietetyczne. Nie oszukujmy się, to kuchnia francuska, którą uwielbiam za wszechobecne masło, śmietanę i sól. Jedna tuszka starczy na obiad dla 4 osób. Jako dodatek można podać gotowane warzywa lub zjeść danie z pieczywem.


Składniki:
1 podzielona tuszka z królika
1 czerwona cebula
175 ml białego wytrawnego wina
0,5l bulionu drobiowego
1 łyżeczka rozmarynu200g śmietany 18%
4 łyżki musztardy z ziarnami gorczycy
łyżka masła
olej

Sposób przygotowania:
Części królika obsmażyć na rozgrzanym oleju i maśle do zrumienienia (należy robić to partiami, jeśli całe mięso nie zmieści nam się w garnku, a pewnie się nie zmieści). Następnie umieścić wszystkie części królika w garnku, dodać cebulę i przesmażyć wszystko razem przez 3 minuty aż cebula zmięknie.

Zalać winem i poczekać aż odparuje. Wlać bulion, przykryć i gotować 30 minut, aż sos się zredukuje i będzie gęsty (może to zająć krócej). Jeśli po 20 minutach nadal mamy dużo bulionu, uchylić pokrywkę i gotować dalej, pozwalając wodzie odparować.

Kiedy sos się zredukuje, dodać rozmaryn, śmietanę i musztardę. Wymieszać dokładnie by mięso pokryło się sosem. Gotować kolejne 15 minut.


niedziela, 19 października 2014

Makaron z klopsikami wieprzowo-wołowymi w pysznym sosie


Kiedy byłam mała moja mama czasem robiła w niedzielę sos z mięsa wołowego, podawała go z ziemniakami i buraczkami zasmażanymi. Pychota. Do dziś go uwielbiam. Następnego dnia, w poniedziałek, kiedy wracałam ze szkoły jadłam go właśnie z makaronem i do tego korniszon w rękę. I w zasadzie przepis, który Wam prezentuję opiera się na podobnych smakach. Jako coś ekstra mamy w nim wędzony boczek, bukiet ziół, który dodaje francuskim gulaszom charakteru i czerwone wino. Oczywiście, że musi być wino, bo to danie zawdzięczam Rachel Khoo. Moje modyfikacje są minimalne. W jej książce "Mała paryska kuchnia" jest napisane, żeby przed smażeniem mąki zdjęć z patelni boczek i cebulę. I faktycznie, jeśli zależy Wam na aksamitnym sosie bez niespodzianek, tak powinniście zrobić. Tyle, że ja wychodzę z założenia (niczym Joey Tribbiani z "Przyjaciół"), że cebula - dobra, boczek - jeszcze lepszy, więc po co wyrzucać składniki, które można zjeść ze smakiem :D Bez dalszych wstępów, przedstawiam Wam kolejne danie z serii "comfort food" - na jesień jak znalazł.




Składniki:
250g mielonego mięsa wieprzowego
250g mielonego mięsa wołowego
70g boczku wędzonego pokrojonego w drobną kostkę
1 średnia czerwona cebyla pokrojona w drobną kostkę
2 liście laurowe
5 gałązek tymianku suszonego
5 gałązek świeżej natki
10 ziarenek czarnego pieprzu
175ml czerwonego wytrawnego wina
500ml bulionu wołowego
1 nieduży ogórek konserwowy
3 łyżeczki posikanych kaparów
30g masła
2 czubate łyżki mąki pszennej
makaron dla 4 osób
oliwa
sól
natka pietruszki do dekoracji

Sposób przygotowania:
Mięso mielone posolić i ulepić z niego klopsiki wielkości piłeczki ping-pongowej. Podsmażyć na gorącej oliwie do zrumienienia i odłożyć na papierowy ręcznik.

Na patelnie wrzucić boczek i cebulę i smażyć do zarumienienia boczku. Dodać masło i mąkę i podsmażać ją aż uzyska kolor kakao. Dodać wino i bulion, do sosu dodać odłożone wcześniej klopsiki i dusić 15 minut. Po 10 minutach dodać korniszona i kapary.

Podawać z ugotowanym makaronem. Można go wstawić, kiedy do sosu dolewamy wina.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Palmiery na słono i na słodko


Przez ostatnie tygodnie ciężko mi znaleźć czas na dzielenie się z Wami moimi kuchennymi przygodami. Pochłaniają mnie przygotowania do ślubu i bieganie z aparatem wokół weekendowych obiadów zastąpiłam bieganiem z zaproszeniami od jednych gości do drugich. Mam nadzieję, że kiedy gorączka ślubna się uspokoi będę mogła wrócić do moich blogowych rytuałów. W międzyczasie, przeglądając blog http://www.rockmywedding.co.uk/ i denerwując się, że w Polsce nie możemy sobie pozwolić na sielskie uroczystości w plenerze, zagryzam palmiery. Kupne ciasto francuskie ratuje mój piekarnik przed zimnymi przeciągami hulającymi w nim z nudów.

Palmiery to nic innego jak ciasto francuskie z dowolnym nadzieniem, jakie uda nam się przygotować na podstawie zawartości naszej lodówki, tyle że o specyficznym kształcie. Nadają się świetnie jako przekąska i mogą występować w wersji słodkiej lub słonej. Do zrobienia w mniej niż pół godziny (łącznie z pieczeniem).


Składniki:
na słodko
ciasto francuskie
cukier
cynamon
na słono
ciasto francuskie
ulubione pesto
lub
musztarda francuska
starty drobno parmezan

Sposób przygotowania:
Ciasto (np. 50x25cm) rozkładamy na delikatnie umączonym blacie. Kroimy je na pół (25x25) lub na 3 części (17x25) w zależności od ilości rodzajów palmierów jaką robimy. Posypujemy obficie cukrem i delikatnie cynamonem - wersja słodka lub smarujemy pesto / smarujemy musztardą i posypujemy serem - wersja słona. Następnie zwijamy ciasto wzdłuż dłuższego boku do połowy z jednej strony i do połowy z drugiej.
Odkładamy do zamrażalnika na 10-15 min. Ciasto ma się schłodzić, bo później łatwo je było kroić.

Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Ciasto kroimy w centymetrowej grubości plastry i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Słodkie palmiery dodatkowo posypujemy na wierzchu cukrem.
Pieczemy 15 minut lub do wyraźnego zarumienienia.