sobota, 14 lutego 2015

Kochaj mnie jak Paul Child Julię...

1965
Zachwycać się Julią, nie dostrzegając Paula Childa, to tak, jakby zachwycać się pięknem witraży i nie dostrzegać w tym pięknie roli słońca. Jedno spotyka drugie i nagle dzieje się coś magicznego. Zanim Julia Child rozkochała Amerykanów w kuchni francuskiej, on rozkochał ją w sobie, jedzeniu, gotowaniu i sztuce szczęśliwego życia.

Mogłabym napisać, że Paul Child stał w cieniu żony, ale to nieprawda, bo stał u jej boku. Mogłabym też napisać, że podporządkował jej swoje życie, ale to również nieprawda, bo w pierwszej kolejności to ona przyjęła rolę typowej amerykańskiej żony z tamtych lat i, nie mając lepszego pomysłu na siebie i swoje życie, podążyła za nim do Francji. Co więcej, kiedy już ten pomysł miała i tak podróżowała z nim, do momentu, kiedy zakończył swoją dyplomatyczną karierę w 1961. 

Jeśli czytaliście "Moje życie we Francji" i macie książkę pod ręką, otwórzcie kilka losowo wybranych stron. Imię Paul pojawia się prawie na każdej z nich. Ruth Reichl w swoim artykule "Przepis Julii Child na doskonałe nowoczesne małżeństwo" wspomina, że przy Julii zawsze miało się wrażenie, jakby Paul był w drugim pokoju i miał za chwilę przyjść, i dołączyć do nich przy stole. Nawet 7 lat po jego śmierci.

czwartek, 11 grudnia 2014

Premiery wydawnicze, jesień 2014. Cz. III - Rachel Khoo, "Moja mała francuska kuchnia"

Rachel Khoo, "Moja mała francuska kuchnia", zdjęcia: David Loftus


Tarta, którą robiłam w poniedziałek (klik) to przepis właśnie z książki Rachel Khoo. To druga publikacja tej autorki po "Małej paryskiej kuchni", którą mam w posiadaniu. Jest coś takiego w Rachel Khoo, że od razu zapałałam do niej ogromną sympatią. Chyba po prostu uwiodła mnie historia, w której porzuca swoje brytyjskie życie i wyrusza do Francji, by tam uczyć się w sławetnym Le Cordon Bleu. Dorabia opiekując się dziećmi i pracuje w księgarni pełnej książek kucharskich. Czyż nie marzycie skrycie o takim życiu?

Rachel Khoo to dla mnie takie połączenie Julii Child i Nigelli Lawson. Łączy zamiłowanie do francuskiej kuchni, poparte solidną wiedzą i dyplomem z nonszalanckim i lekkim podejściem do gotowania. Coq au vin (kurczak w winie) w roli szaszłyków? Rachel przekornie puszcza do nas oko i podkreśla, że jej francuskie dania muszą mieć "a little twist" (być podrasowane, trochę szalone). Już widzę mdlejących Francuzów i wydobywający się z ich ust niemy krzyk "mon Dieu!!". 

W pierwszej książce dostaliśmy porcję przepisów podzielonych w zależności od okazji przy jakiej serwujemy dania. W recenzowanej dziś "Mojej małej francuskiej kuchni" przepisy podzielone są w zależności od regionów, a mamy ich 6. Każdy rozdział poprzedza krótka notka, której towarzyszą szkice autorstwa Rachel. To takie małe przeurocze rysunki, które są jej znakiem firmowym i nadają całości niepowtarzalny urok. 

Same przepisy są dość proste, a dania bardzo smakowite. Już mam zaznaczone kilka do zrobienia w pierwszej kolejności. Znajdziecie tu wszystko - i desery, i przystawki, i porządny obiad, przy którym dużo się nie narobicie. Pisałam już wcześniej o francuskich gulaszach i pieczonych mięsach. Uwielbiam je, bo są proste i zawsze wyborne. Sporo jest tu owoców morza i ryb. Ja ciągle nie jestem fanką takich dań, bo nie mam zaufania do świeżości takich produktów w naszych sklepach, ich specyficzny zapach, kiedy je obrabiamy wypełnia całe mieszkanie, a i smakowo jakoś ciężko mi się przekonać. Wolałabym więc, żeby kosztem tych przepisów było więcej dań wegetariańskich i mięsnych. Może jednak trzeba podejść do tematu inaczej i spróbować się zaprzyjaźnić z mulami? Może możecie polecić jakąś dobrą knajpę w Warszawie, gdzie kucharz odczaruje dla mnie owoce morza?

Wracając jednak do książki, wydana jest ładnie i w moim stylu, choć od strony typograficznej nie powala. Nadrabia oczywiście matowymi stronami, twardą oprawą i przede wszystkim fotografiami Davida Loftusa. Fenomen jego fotografii jest dla mnie ogromną zagadką. Przyglądam się im czasem, próbując rozgryźć czemu mi się podobają. Czasem widzę stylizację, która w innym wydaniu wydawałaby mi się nudna lub godna kanonów lat 90tych, a jednak u niego to przechodzi. Może naprawdę matowy papier, na którym prezentują się zdjęcia więcej wybacza? Loftus przy książkach kucharskich jest raczej minimalistą. Głównym tematem i często jedynym obiektem na fotografii jest danie. Nie bawi się w tysiące akcesoriów i skrzętnie dobierane tkaniny. A jednak w książkach, czy to Rachel, czy Jamiego, wszystko pięknie ze sobą gra. No i o to chodzi. Oprócz zdjęć potraw książkę uzupełnia porcja reporterskich ujęć z podróży i portrety Rachel Khoo. Wszystko poprawnie, z wyczuciem, klasycznie. 

Tak więc, mniej więcej, prezentują się moje spostrzeżenia na temat książki i jej twórców. Polecam fanom francuskiej kuchni, którzy chętnie poznają ją we współczesnym wydaniu. Ja właśnie patrzę na przepis na owoce morza z kruszonką i zastanawiam się czy podjąć to wyzwanie czy nie? Chyba jednak zacznę od jakiejś sprawdzonej knajpki. Szkoda, że do Francji tak daleko :)

Moja ocena: ***** (4/5)

czwartek, 13 listopada 2014

Premiery wydawnicze, jesień 2014. Cz. II - Katie Quinn Davies, "What Katie Ate. Prosta kuchnia w dobrym stylu"

Katie Quinn Davies, "What Katie Ate. Prosta kuchnia w dobrym stylu", zdjęcia: Katie Quinn Davies


Miesiącami zwlekałam z kupnem anglojęzycznej wersji książki Katie Quinn Davies, jednocześnie będąc przekonana, że prędzej czy później trafi do mojej kolekcji. Kiedy zobaczyłam kilka tygodni temu, że została ona wydana w języku polskim, stwierdziłam, że to znak z niebios i muszę ją mieć. No i mam... i... trochę żałuję, że tak szybko poddałam się impulsowi i nie porównałam wcześniej obu wydań. Jeśli jednak spojrzeć na tą publikację bez porównań do oryginału, to na polskim rynku i tak jest to pozycja wyjątkowa.
Zacznę od łyżki dziegciu w beczce miodu. Na książkę Katie trzeba patrzeć w kategoriach albumu. Na jej klimat składają się nie tylko fotografie, ale również typografia i grafika. W związku z powyższym, przekład książki na inny język nie jest prostą sprawą. Wszystkie czcionki należy odtworzyć i zrobić to z należytym wyczuciem. Spójrzmy na okładkę i podtytuł książki. Porównajmy oryginał z wersją polską. Abstrahując od treści, czcionka jest inna, układ jest inny i nawet zdjęcie okładkowe jest ciut inaczej wykadrowane. Moim zdaniem, ten podtytuł sprawia wrażenie, jakby jego twórcy poszli trochę na łatwiznę, bo nie chciało im się za bardzo kombinować. Powiecie, że się czepiam i pewnie macie rację. Piszę to jednak dlatego, żeby ostrzec osoby, które miały w ręku wydanie anglojęzyczne, żeby dokładnie zastanowiły się, którą książkę chcą kupić. W polskiej wersji mamy papier kredowy, może nie jest on bardzo błyszczący, ale do matu też mu trochę brakuje. Nie mamy za to materiałowej zakładki, tego paseczka, którym możemy zaznaczyć wybrany przepis. Czemu? Nie wiem. Może to by były jakieś straszne koszty dla wydawcy. Plusy polskiego wydania to język polski, więc jeśli chcemy ją sprezentować osobie, która ma trudności z angielskim, nie ma co się wahać, bierzmy polskie wydanie. Drugi plus to cena, która jest niższa od oryginału. Minusy, wymieniłam wyżej. Nie prowadziłam zakrojonych na większą skalę badań porównawczych obu pozycji, więc w kwestii tłumaczenia i treści powiedzieć nic nie mogę.
Przejdźmy jednak do miodu, bo, bądź co bądź, mamy go całą beczkę. Książka zawiera różnorodne przepisy, których wspólnym mianownikiem jest to, że wybrała je Katie. Podzielone są ze względu na typ dania, tak jak to było u Lebovitza, ale mamy tu trochę więcej kategorii: śniadania, lunche, sałatki, kanapeczki i drinki, obiady, przekąski, przystawki i sosy oraz na koniec - desery. Każdy znajdzie coś dla siebie. W przepisach znajdziemy różnorodne warzywa, zioła, kasze. Można poczuć się zainspirowanym po dłuższym przeglądaniu książki. Gdzieś czytałam, że jest tu trochę niedostępnych, nieznanych nam składników. Osobiście nie mam takiego wrażenia, choć nie znam książki na pamięć i nie przeczę, że coś takiego może się zdarzyć. Myślę, jednak, że spokojnie w polskich warunkach 99% przepisów jest do przygotowania.

Zdjęcia są powalające, ale o tym wszyscy wiemy. Jest rustykalnie i niedbale, z okruchami chleba na stole i rozsypaną solą. Jakby banda wygłodniałych wielbicieli bloga Katie rzuciła się wcześniej na to jedzenie i dostała po łapach, bo przecież najpierw trzeba to sfotografować. Ktoś więc musiał odłożyć czubatą łyżkę sałatki z dzikiego ryżu, którą już zaczął sobie nakładać na talerz. Ktoś inny, speszony, odkłada nadgryzione ravioli z dynią. Ale jest też osoba, której udało się połknąć jeden pasztecik z wieprzowiną, jabłkiem i pistacjami, po którym na zdjęciu zostały tylko okruszki. Stare sztućce, słoiki służące za szklanki, drewniane deski i skrzynki - to wszystko tutaj znajdziemy. Dla kogoś, kto interesuje się fotografią kulinarną, fascynacja twórczością Katie Quinn Davies to etap obowiązkowy.
Na sam koniec, coś o samej autorce, która we wprowadzeniu opowiada o swojej drodze do wydania tej rewelacyjnej publikacji. Byłam zachwycona jej opowieścią o tym jak poszukiwała swojej drogi. Jak zapalała się do kolejnych pomysłów i weryfikowała swoje plany. Każdy kto pragnie żyć trochę bardziej po swojemu, odnaleźć swoje miejsce na ziemi i robić coś co lubi, uśmiechnie się pod nosem i odnajdzie w tej opowieści trochę siebie. Lubimy takie historie. Są pokrzepiające i dodają nam skrzydeł, wiary, że może i dla nas jest nadzieja. Nie będę zdradzać szczegółów, nie są to jakieś zaskakujące zwierzenia, ale myślę, że z przyjemnością usiądziecie na chwilę z Katie do stołu, żeby ich wysłuchać. A potem czeka Was wyśmienita uczta, która zaspokoi nie tylko Wasz głód, ale także zapewni wspaniałe wrażenia estetyczne. Tego Wam serdecznie życzę i gorąco polecam książkę.

Moja ocena: ***** (4,5/5) 
Pół gwiazdki odejmuję za braki i różnice między wydaniem polskim a oryginalnym.

Jeśli jeszcze ktoś nie śledzi (no nie wierzę, że ktoś taki się znajdzie) - tutaj blog Katie. Znajdziecie tam też informacje o jej kolejnej książce, bo ta opisywana dziś przeze mnie to pierwsza jej publikacja, ale nie ostatnia.

Niedługo trzecia recenzja: "Moja francuska kuchnia" Rachel Khoo.

środa, 5 listopada 2014

Premiery wydawnicze, jesień 2014. Cz. I - David Lebovitz, "Moja kuchnia w Paryżu. Przepisy i opowieści"


Tej jesieni mamy wysyp naprawdę świetnych książek kucharskich. Jeśli szukacie prezentu dla kogoś, kto lubi gotować lub szuka ładnej eleganckiej pozycji do położenia na stoliku do kawy, to nie powinniście mieć problemu z jej znalezieniem. Jeśli natomiast, tak jak ja, uwielbiacie kolekcjonować piękne książki z przepisami to czeka Was najpierw euforia, że tyle pozycji ukazało się na naszym rynku, a potem rozpacz, że nie możecie kupić od razu wszystkich. Chyba, że możecie, wtedy proszę się nie przyznawać, bo rozpłaczę się z zazdrości ;)

Zmuszona do ograniczeń, wybrałam trzy pozycje wydawnicze. Jestem ogromną fanką autorskich książek kucharskich. Kiedy otwierasz taką książkę, zasiadasz do stołu z jej autorem, suto przez niego zastawionego, a on zaczyna snuć swoją opowieść. Kiedy przeglądam książki w księgarni, to tak naprawdę przechadzam się między różnymi stołami i to, do którego usiądę zależy nie tylko od tego co na nim stoi, ale też w ogromnej mierze, od tego jak jest podane. Niestety, muszę przyznać, oceniam książki po okładce. Czule głaszczę twarde oprawy i przerzucam matowe kartki papieru, zachwycając się pięknymi fotografiami. Kredowy papier jest w stanie skutecznie popsuć mi przyjemność kontaktu z książką. Czasem, dla autorów, których znam i bardzo lubię robię wyjątki od swoich poligraficznych upodobań. Dziś pierwszy post z trzech, w których opiszę czego możecie się spodziewać po poszczególnych pozycjach wydawniczych.

David Lebovitz, "Moja kuchnia w Paryżu. Przepisy i opowieści", zdjęcia: Ed Anderson


Po skromnie wydanej książeczce, jaką było "Słodkie życie w Paryżu", ta książka wreszcie prezentuje się na miarę możliwości swojego autora. David Lebovitz zaprasza do swojego stołu i do swojego Paryża, który zdecydowanie różni się od sielskiej i filmowej opowieści, jaką kiedyś snuła Julia Child. Obok klasyki, takiej jak zupa cebulowa, naleśniki czy coq au vin znajdziemy tu przepis na chlebki naan czy szakszukę. Paryż XXI wieku to miejsce wielokulturowe, które stwarza okazję do poznania kuchni z całego świata i na to David Lebovitz jest otwarty.

Zanim jednak zasiądziemy do przystawek, dań głównych i deserów, przejdziemy się po okolicy i posłuchamy o produktach, których używa David i jego filozofii gotowania. Zaprowadzi nas na targ i do lokalnych sklepów. Dowiemy się co poleca, co odradza, co go dziwi, a co zachwyca. Potem z siatką zakupów wrócimy do kuchni, gdzie przyjrzymy się jego sprzętom i znów poplotkujemy o gotowaniu.

Po krótkiej, ale przyjemnej wycieczce nadchodzi czas, żeby napełnić kieliszek wina, usiąść na krzesełku w kuchni i przyjrzeć się jak David gotuje. Przepisy podzielone są ze względu na typy dań: przekąski, przystawki, dania główne, dodatki i desery. Najwięcej miejsca poświęcone zostało daniom głównym i deserom. Nie mogło być inaczej w przypadku tych ostatnich, ponieważ autor, doświadczony cukiernik, ewidentnie ma słabość do słodkości. Czekolada rozpływa się po kolejnych stronach.

To, co bardzo mi się podoba, co sprawia, że ta książka ma dla mnie większą wartość niż inne tego typu pozycje, to tytułowe opowieści, które są znaczącą częścią publikacji. Zrezygnowano z fotografowania każdej potrawy, żeby zrobić im miejsce. Dzięki nim naprawdę mamy wrażenie, że oto spotkaliśmy się z naszym dawno nie widzianym znajomym, który opowiada nam jak odbiera Francję, Francuzów i co go spotkało podczas podróży jaką wciąż jest mieszkanie w obcym kraju. W zasadzie, czytając, obserwujemy zderzenie dwóch kultur, Amerykanina z Francuzami. Lebovitz opisuje je z właściwym sobie przekąsem. Nie powstrzymuje emocji. Potrafi się szczerze zadziwić, oburzyć, ale i zachwycić, a nawet pokornie spuścić głowę przed kulinarnymi umiejętnościami Francuzów. Dodatkowo, pośród prywatnych wspomnień i wrażeń, Lebovitz przemyca gdzieniegdzie garść konkretnych informacji i ciekawostek o kraju, w którym jest gościem. Czyta się to naprawdę świetnie. Fajnie, że książka ma przyszytą materiałową zakładkę, żebyśmy zawsze wiedzieli, na czym skończyliśmy. Mała rzecz a cieszy.

Przepisy, tak jak pisałam, to nie tylko klasyka kuchni francuskiej, ale również dania z innych części świata. Dla jednych to zaleta książki, dla innych - wada. Ja zaliczam się do tych pierwszych. Składniki potraw są nam bliskie, choć gatunki serów mogą wprawić w osłupienie. Bardzo przydatne jest, że proporcje podawane są na dwa sposoby jednocześnie. Na przykład, szklanka cukru pudru (130g). Autor podkreśla jednak, i ma rację, że gotować trzeba z głową i najbardziej ufać własnemu doświadczeniu, więc jeśli coś w przepisie wydaje nam się podejrzane, róbmy to po swojemu, na oko (au pif - po francusku na nosa).

Za fotografie odpowiedzialny jest Ed Anderson. Oprócz zdjęć potraw, które jak wcześniej pisałam, pojawiają się nie przy każdym przepisie, znajdziemy w książce panoramy miasta, zdjęcia z targów, a czasem fotografie jak krok po kroku wykonać daną potrawę lub jej część. Fotografię są oczywiście bardzo ładne, ale bez zbędnego zadęcia. Nie ma tu wydumanych stylizacji. Ich siłą jest prostota, trochę reportażu i kolaże.

"Moja kuchnia w Paryżu. Przepisy i opowieści" to nie jest książka, którą kupicie, przejrzycie i odłożycie na półkę. To książka, która zagości na stoliku nocnym lub kawowym, żeby móc w wolnej chwili wyskoczyć do Paryża i wybrać się na kolację  lub przekąskę z Davidem Lebovitzem i posłuchać jego opowieści, spędzić miło czas, pośmiać się. Za to ją najbardziej cenię i polecam Wam z całego serca.

Moja ocena: ***** (5/5)


W kolejnych wpisach przedstawię "Moja francuska kuchnia" Rachel Khoo i "What Katie Ate. Prosta kuchnia w dobrym stylu" Katie Quinn Davies.

niedziela, 16 czerwca 2013

Ratatouille i Rachel Khoo


Po dłuższej nieobecności wracam do blogosfery (mam nadzieję, że na dłużej), żeby podzielić się z Wami przepisem na ratatouille i swoją sympatią do Rachel Khoo, autorki wydanej niedawno w Polsce książki Mała paryska kuchnia. Warszawskie billboardy w metrze nie dały przegapić tego wydarzenia, a ja nie dałam się kusić długo. Tak ładnie wydana książka musiała znaleźć się na mojej półce. Za fotografie odpowiedzialny jest David Loftus, nadworny fotograf Jamie'go Oliver'a. Zarówna potrawy, jak i sama autorka prezentują się bardzo apetycznie. Zawartość? Wszystkiego po trochu. Najbardziej przyciąga sama Rachel i jej kulinarna ojczyzna - wydawałoby się wroga Brytyjczykom Francja. Otwarta, przebojowa trzydziestolatka, z uśmiechem pomalowanym karminową szminką i grzywką zalotnie opadającą na podkreślone czarną kreską oczy, sączy wino w kameralnych bistrach i wyszukuje najpiękniejsze warzywa na targu. Jej historia zdaje się dodawać otuchy i mówić "Wszystko jest możliwe","Realizujcie swoje marzenia". Poniżej zwiastun programu Rachel emitowanego przez BBC.


LITTLE PARIS KITCHEN: COOKING WITH RACHEL KHOO from Plum Pictures on Vimeo.
Kiedy przeglądałam Małą paryską kuchnię po raz pierwszy, przypomniałam sobie o sławetnym ratatouille. Potrawce, która jest czystą pochwałą wspaniałości warzyw. Jędrne, kolorowe, soczyste, śmiejące się do nas z koszyków w sklepach i na targach. Można je jeść na ciepło lub na zimno, jako przystawkę lub dodatek do mięsa. Kolejne z dań genialnych w swej prostocie.

Składniki:
1 bakłażan
1 cukinia
1 papryka czerwona
1 papryka żółta
6 pomidorów
1 cebula
2 ząbki czosnku
1 łyżka suszonego tymianku
1 łyżeczka cukru
sól

Sposób przygotowania:
Bakłażan, cukinię i papryki kroimy w cienkie plasterki. Pomidory na ćwiartki. Pokrojone warzywa (oprócz bakłażana) umieszczamy w dużym żaroodpornym naczyniu. Piekarnik nastawiamy na 180 stopni, by się nagrzał.
Cebulę kroimy w kostkę. Na dużej patelni podsmażamy ją ze zmiażdżonym czosnkiem i tymiankiem aż się zeszkli. Dodajemy bakłażana i smażymy wszystko pod przykryciem do miękkości. Ja, po dodaniu bakłażana na patelnię, podlewam wszystko wodą - nie za dużo. Chodzi o to, że bakłażan chłonie oliwę i wodę, i istnieje ryzyko przypalenia czosnku i cebuli. Bardziej go podduszam niż podsmażam.
Po 5 minutach zdejmujemy patelnię z ognia. Dodajemy bakłażana z cebulą do pozostałych warzyw, mieszamy, przykrywamy folią aluminiową i wstawiamy do piekarnika na godzinę.


Po godzinie. Wyjmujemy naczynie, zdejmujemy folię, dodajemy cukier i dosalamy do smaku. Mieszamy i wstawiamy ponownie do piekarnika, tym razem na najwyższą półkę, na kolejne 5 do 10 minut. Po tym czasie wyjmujemy i podajemy.

Moje ratatouille utopiło się we własnym sosie, ale było bardzo smaczne. Sos zostawiłam sobie jako zupę na następny dzień. Bo o to w kuchni chodzi, żeby było smacznie i swobodnie. To coś, co na pewno łączy Julię Child i Rachel Khoo. Gotowanie to ma być przyjemność, a z wszelkich wypadków przy pracy należy wybrnąć z francuską elegancją i gracją. Nerwy damie nie przystają.

Miłego wieczoru Wam życzę :)


środa, 10 kwietnia 2013

Kwiecień z Sophie Dahl - zielona zupa z pesto


Kwiecień W kuchni wieczorem ogłasza miesiącem testowania przepisów z książki "Na każdą porę. Rok w przepisach" Sophie Dahl. I tu już w weekend pojawił się podstawowy problem. Do jakiej pory roku zajrzeć? Wiosny czy zimy...? Kto to wie? Przesądził nadmiar pesto, który pozostał mi po tym jak przygotowałam je sobie do kanapek z mozarellą. Wygrała wiosna. I niech to będzie dobry znak. 

Skorzystałam w pierwszej kolejności z zupy z groszku i z cukinii z pesto. Do tej pory pojawił się tu zarówno krem z groszku (klik) jak i zupa z cukinii (klik), ale wywoływanie wiosny trwa dalej, więc konsekwentnie gram z zielone :) Zupa robi się sama, jest smaczna, niezbyt gęsta i można ją podać zarówno na ciepło, jak i na zimno. U mnie bez rukoli, za to z oliwą truflową, która ostatnio jest u mnie popularną przyprawą do zup.

Składniki:
1 mała cebula pokrojona w drobną kostkę
1 cukinia (300g)
450g mrożonego groszku
3,5 szklanki bulionu drobiowego
3 łyżki pesto (klik)
oliwa
sól i pieprz
Sophie dodaje jeszcze garść rukoli

Sposób przygotowania:
W garnku, na oliwie podsmażyć cebulę aż się zeszkli. Dodać cukinię, zalać bulionem i gotować 5 minut. Dodać groszek i gotować kolejne 15 minut. Gdy groszek będzie miękki zmiksować zupę blenderem ręcznym. Dodać pesto, dosolić, ewentualnie dodać pieprzu. Gotowe.

Podawać z grzankami i oliwą truflową.


środa, 6 marca 2013

WISHLISTA marzec - książki kulinarne

Postanowiłam przedstawiać Wam co miesiąc tematyczną wishlistę z rzeczami, które chciałabym lub planuję posiadać. Ponieważ cierpliwość nie jest moją mocną stroną, prędzej czy później część z pokazywanych przedmiotów pewnie kupię. Jeśli ktoś z Was jest w posiadaniu czegoś co mnie interesuje, będę Wam wdzięczna za dzielenie się opiniami w komentarzach. Zarówno pozytywnymi jak i negatywnymi, które mogą uchronić mnie przed nietrafionym wydaniem pieniędzy. Nie ukrywam, że oprócz przeczytania Waszych opinii, samo przygotowanie wishlisty sprawiło mi dużą frajdę, bo mogę puścić wodzę fantazji i przez chwilę sobie pomarzyć.

Zaczynam od mojego rozwijającego się bzika na punkcie książek kulinarnych. Kiedy dostałam na święta Silver Spoon  przez jedną krótką chwilę wydawało mi się, że to jest książka, która spokojnie starczy mi na najbliższe, jeśli nie 7, to chociaż 5 lat. Niestety. Dział książki kulinarne w księgarniach przyciąga mnie jak pomidory bazylię. Jeśli mam gorszy tydzień, humor mi nie dopisuje i wydaje się, że nic mnie nie pocieszy, wtedy pojawia się myśl, że w zasadzie, to wszystko może mi wynagrodzić jedynie kolejny nabytek w postaci kolejnej książki kucharskiej lub jakiś gadżet do kuchni. W zasadzie, zaczynam się uważać za początkującego kolekcjonera książek kucharskich. Bez względu na to ile ich mam, kolejna sprawia mi przyjemność nie mniejszą niż poprzednie. 

Przejdźmy do meritum. Poniżej 6 książek, na które mam chrapkę.


W pierwszej kolejności - gwiazdy! Sophie Dahl, znana również jako apetyczna Sophie Dahl i jej druga książka kulinarna (obie książki dostępne w polskich wydaniach). W zasadzie nie wiem jakim cudem nie posiadam żadnej z dwóch książek tej autorki. Sophie pierwszy raz zobaczyłam w programie telewizyjnym. Ciężko nie być urzeczonym przez piękną modelkę, która w rustykalnym, domowym zaciszu miesza w garnkach. Podoba mi się klimat jej programów, lubię też książki podzielone na pory roku, więc przy najbliższej okazji pewnie sprawię sobie tę przyjemność lub wpiszę ją na listę prezentów.

Gordon Ramsey - wstyd się przyznać, ale nie posiadam żadnej jego książki. Chyba mój samozwańczy tytuł kolekcjonera książek kucharskich był przedwczesny :) Pierwsze "spotkanie"? Hell's Kitchen. Co za cham! Za kogo on się ma? - myślałam. Od jego książek trzymałam się z daleka, a na samą postać patrzyłam z odrazą. Kiedy zaczęłam oglądać amerykańskiego Master Cheffa moja niechęć powoli słabła. Pewnie pomogły również polskie doświadczenia z Magdą Gesler i większa świadomość na temat tego, że w tego typu programach chodzi o szokowanie i robienie show, a kulinarni celebryci po prostu wybierają sobie rolę, która ma być ich znakiem rozpoznawczym. Sama nie wiem kiedy Gordon Ramsey zdobył moją sympatię. Seria programów z jego "kursem kucharskim" podobała mi się ze względu na różnorodność dań i lekkość z jaką Ramsey do nich podchodził. Wydaje się, że w zasadzie każde z nich to bułka z masłem. Tylko co nie jest bułką z masłem dla Gordona Ramseya? Tak czy inaczej, czekam na polskie wydanie.


Książki tematyczne. Kuchnia indyjska nie jest mi specjalnie znana, natomiast ostatnimi czasy coś mnie w jej kierunku konsekwentnie ciągnie. W książkach z przepisami z różnych stron świata mam kilka przepisów, które z niej pochodzą lub o nią zahaczają i zazwyczaj ich efekt jest ciekawy i bardzo smaczny. W czasach randkowania z moim narzeczonym, zostałam zaproszona do restauracji indyjskiej koło placu Konstytucji i było to doświadczenie czegoś odmiennego. Przez większość swojego kulinarnego życia poruszam się w bezpiecznych, znanych ramach, natomiast zawsze wielką przyjemność przynosi mi odkrywanie czegoś nowego i zaskakującego. Taka jest dla mnie kuchnia indyjska i dlatego chciałabym mieć książkę z oryginalnymi przepisami z Indii. India Cookbook spełnia to zadanie znakomicie. Oczami wyobraźni widzę tą książkę jako indyjski odpowiednik włoskiej Silver Spoon. Jestem również fanką wydawnictwa Phaidon, które swoimi publikacjami w dziedzinie kulinariów robi na mnie ogromne wrażenie. To książka, o której najbardziej marzę ostatnimi czasy.

Książkę Petera Reinharda na temat chleba odnalazłam po dość krótkim researchu, więc nie jestem jeszcze pewna czy to na pewno to. Muszę wybrać się do księgarni i ją obejrzeć. Mam nadzieję, że ją znajdę. W gruncie rzeczy poszukuję dobrej publikacji o wypieku chleba, o jego historii, o mąkach i o wielkiej sztuce wypieku pieczywa. Pieczenie chleba jest dla mnie dużą lekcją pokory i w bezlitosny sposób odsłania braki podstawowej wiedzy w tym temacie. Łaknę wiedzy z tej dziedziny. Może macie jakieś polskie książki do polecenia?


Na sam koniec blogerki. W pierwszej kolejności Eliza Mórawska, czyli Liska z White Plate (klik). Podziwiam Liskę jako blogerkę. Bardzo świadomie wykreowała swoją markę. Uważnie dobiera projekty, w które się angażuje. Jej zdjęcia są cudowne. Mają w sobie ten magiczny pierwiastek, który sprawia, że chce się do nich wracać, oglądać dzień za dniem. Liska świadomie dzieli się z nami tylko częścią swojego świata, a może nawet kreuje ten świat dla nas. Stawia granice, których nie przekracza. I za to bardzo ją szanuję, to mi w niej imponuje, choć czasem chciałabym, by zdradziła więcej. To również sprawia, że ciągle jestem ciekawa tego co robi. Ostatnio natomiast "zrobiła" książkę. Nadała jej tytuł słodkie - genialny w swojej prostocie, z dużą klasą. Książki jeszcze nie kupiłam, ale na pewno to zrobię. Dlaczego? Jako wyraz uznania dla tego co robi i w jaki sposób. Myślę, że warto swoimi wyborami konsumenckimi wyrażać swoje opinie i popierać to co nam się podoba lub w co się wierzy.

Last but not least - What Katie ate (klik). Katie, tak jak i Liska to mój autorytet, jeśli chodzi o fotografię kulinarną. Mroczne, rustykalne zdjęcia, szorstkie powierzchnie, leciwe dodatki, przedmioty przeżywające drugą młodość na jej zdjęciach. Niby przypadkowe kompozycje, nieład, talerze leżące gdzieś miedzy przed chwilą a za chwile. Dania złapane tuż przed zjedzeniem. W sumie, to nie wiadomo gdzie jest stół z tym wszystkim. W starym zamku, dworku, wiejskiej chacie? Mam wrażenie, że w jej zdjęciowej rzeczywistości jest wieczny remont. Jednocześnie kryje się za tym jakaś tajemnica. Na kogo czeka to jedzenie? Kto ugryzł ten kawałek tortu? Gdzie poszedł? Jakie sprawy odciągnęły go od talerza? Tak jak każde inne zdjęcie, zdjęcia kulinarne również najlepsze są, gdy kryje się za nimi jakaś historia. Katie doskonale to rozumie.

Na tym koniec na dziś. Poznaliście książki, które krzyczą do mnie z półek księgarń. Czy jesteście w posiadaniu którejś z nich? Jak sprawdzają się przepisy w nich zawarte? A może Wy też marzycie o jakiejś pozycji na kulinarnym rynku wydawniczym?

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Silver Spoon - encyklopedia kuchni włoskiej


Jeśli chcecie uradować jakiegoś maniaka kulinarnego z zacięciem do kuchni włoskiej to jest prezent, który powinniście mu sprawić. Sławetna książka kucharska Il cucchiaio d'argento - Silver Spoon doczekała się kolejnego wydania i mój Święty Mikołaj był na tyle przebiegły, że postanowił zrobić mi prezent o miesiąc za wcześnie, ale chwała mu za to.

Wymarzyłam sobie tę książkę podczas moich włoskich wakacji. Dlaczego akurat ją? Pierwsze wydanie tej pozycji w oryginale, czyli po włosku, to rok 1950. Jeśli włoskie mammy wykupują ją w księgarniach, czyniąc jedną z najpopularniejszych w kraju to jak im nie zaufać? Bardzo cenię sobie fakt, że oryginalnie był to zbiór stworzony przez Włochów dla Włochów. 

Pięćdziesiąt pięć lat później za tłumaczenie i dostosowywanie treści do brytyjskich warunków zabierają się Anglicy. Książka staje się kompendium wiedzy o włoskiej kuchni. Znani kucharze testują przepisy, dostosowują do współczesnych smaków i gustów. Obecne wydanie ponownie poprawione zawiera mnóstwo fotografii, a głównym bohaterem jest 2000 przepisów. To daje nam księgę, która waży ponad 3 kilo. Z czymś takim na blacie, człowiek zaczyna mieć wrażenie, że w zasadzie przez najbliższe 10 lat nie potrzebuje powiększać swojej biblioteczki.

Same przepisy są bardzo przejrzyste, poukładane średnio po 3 na stronie. Miary podane są w gramach i uncjach, więc w Polsce nie ma problemu, nie trzeba przeliczać jednostek. Podobnie jest z temperaturami - są i Celcjusza, i Farenhaita. Książka jest w języku angielskim, więc jest okazja by podszkolić specjalistyczne slownictwo, ale w czasach goole translate to nie problem.

Jeśli chcecie przyjrzeć się wybranym przepisom, zachęcam do odwiedzenia strony wydawcy: http://uk.phaidon.com/the-silver-spoon/ Na blogu na pewno pojawią przepisy z tej książki. Chciałabym już dziś pokazać Wam pizzę, którą robiłam, ale niestety znika ona w mgnieniu oka, więc chwilowo mam z tym trudność. Ciekawe, kiedy ta kultowa pozycja pojawi się w języku polskim. Chcielibyście?



wtorek, 17 lipca 2012

Julia Child "Moje życie we Francji"

Wreszcie i mi udało się przeczytać wspaniałą książkę Alexa Prud'homme'a i Julii Child o jej życiu nie tylko we Francji. 

Jeśli marzycie o zwolnieniu tempa, ucieczce od mozołu codziennej pracy, chcecie smakować nie tylko sole meuniere, ale i samo życie to w tej lekturze znajdziecie portret kobiety, która robiła to jak nikt inny. Przez ponad 35 lat nie do końca wiedziała co ze sobą zrobić. Pracowitości jej nie brakowało, ale ewidentnie pragnęła się poświęcić czemuś co wzbudzi w niej pasję.

W wieku 34 lat wyszła za mąż za Paula Childa, który okazał się jej księciem z bajki. W roli rumaka występowało amerykańskie kombi, a bajkowy pałac leżał nie gdzie indziej, jak w pięknym Paryżu, który właśnie otrząsał się po II wojnie światowej. Rosła Amerykanka wkroczyła doń pewnym krokiem, bo choć czasami wspominała, że towarzyszył jej delikatny strach, na zewnątrz zachowywała pokerową twarz. Wrodzona otwartość szybko zjednywała jej przyjaciół i otwierała serca nieufnych Francuzów. Przyjęła postawę pokornego ucznia, ale tylko wobec tych, którzy jej zdaniem na to zasługiwali. Ceniła sobie towarzystwo ludzi,  od których mogła się czegoś nauczyć i z którymi mogła dzielić swoją największą pasję, a jeśli ktoś nie przypadł jej do gustu, bez zbędnych sentymentów, po prostu nie poświęcała mu uwagi.

Książka opowiada koleje losu Julii. Rozpływa się ona w niej nad dawno jedzonymi potrawami, chwali kolejnych francuskich szefów kuchni i wspomina długoletnią pracę nad wydaniem pierwszego tomu sławetnego Mastering the Art of French Cooking. Czy wyobrażacie sobie, by jakiś dzisiejszy celebryta spędził 10 lat nad pisaniem jednej książki? Przygotowywanie tej pozycji to jeden z głównych wątków lektury. Dopiero po przeczytaniu Mojego życia we Francji jesteśmy w stanie w pełni docenić jakiego kalibru dzieło mamy w rękach. Każdy rozdział, a w nim każda potrawa to starannie  zbadany, na kilka sposobów wypróbowany i specjalnie narażany na błędy (by ostrzec przed nimi czytelniczki) przepis, dodatkowo przetłumaczony na amerykańskie realia. Co innego robić kruche ciasto z mąki francuskiej, a co innego z mąki amerykańskiej. Julia Child jest tego świadoma. Jej profesjonalizm i wytrwałość aż przygniata.

Oprócz Julii Child, równorzędnym bohaterem jest ukochana przez nią Francja. Warto podkreślić, że to Francja spokojna, nie opanowana jeszcze przez tłumy turystów. Paryż niczym wielki targ oferuje świeże warzywa, ryby i mięsa. Sprzedawcy są dumni ze swoich towarów i za punkt honoru stawiają sobie jakość. Można z nimi porozmawiać i poradzić się w kwestiach kulinarnych. Priorytetem jest dobry towar i smaczne jedzenie. Z targu przenosimy się do licznych restauracji, z których każdą sławi nazwisko kucharza, ręczącego za jakość tego co na talerzu. Julia Child dzięki koneksjom męża i własnemu urokowi wielu z nich zna osobiście i uważnie podgląda, by w domu powtarzać ich dzieła samodzielnie. Gdy tylko nadarza się okazja wyprawia przyjęcia, na których popisuje się swoim talentem, ku uciesze znajomych i przyjaciół.

Styl życia jaki prowadzą Childowie jest obecnie niewyobrażalny, a świat w jakim żyją wydaje się nieodwracalnie należeć do przeszłości. Bez telewizji, bez telefonów komórkowych, bez komputerów i internetu. By amerykańska gospodyni domowa mogła dowiedzieć się czegoś o kuchni francuskiej musi albo do Francji pojechać, albo przeczytać na ten temat wyczerpującą publikację, którą pragnęła dostarczyć jej właśnie Julia Child i jej dwie francuskie przyjaciółki. Cały dzień poświęcony jest zakupom, gotowaniu i szkoleniu się w tej sztuce. Dodatkowo masę czasu zajmuje pisanie księgi poświęconej francuskiej kuchni. Gdy dzień zbliża się ku końcowi można pójść do restauracji lub spotkać się z przyjaciółmi. To wszystko Paul Child utrwala aparatem Graflex i opisuje w listach do swojego brata. Inaczej smakuje wino, inaczej smakuje ówczesna kura. Inaczej wygląda Paryż, inaczej toczy się życie. Dla tej inności, tak atrakcyjnej w zderzeniu z dzisiejszymi czasami warto sięgnąć po tę książkę.

Julia Child i Alexa Prud'homme
Moje życie we Francji
Wydawnictwo Literackie, Czerwiec 2010
Liczba stron: 496

sobota, 28 kwietnia 2012

Zwykły twarożek i niezwykła Dżenneta

Po pięciu dniach szybkich pobudek, jedzonych w pośpiechu tostów i budzenia się kawą, wreszcie sobota. Dzień, kiedy można spokojnie zrobić i zjeść śniadanie, a przy tym wszystkim uraczyć się jakąś niespieszną lekturą. Dzisiejsze śniadanie, jak na moje ostatnie zapędy, bardzo, bardzo skromne. Świeże pieczywo z twarożkiem z rzodkiewką i herbata pomarańczowo-imbirowa. Ta ostatnia może bardziej wskazana na zimne wieczory, ale co mi tam.

Podejrzewam jednak, że to niezwykła Dżenneta przykuła Waszą uwagą. Rozczaruję mym podstępem tych, którzy myśleli, że to jakiś śniadaniowy przysmak, choć trzeba przyznać, że brzmi jak smakowita potrawa. Dżenneta to imię, trochę egzotyczne, jak jego właścicielka. Oznacza raj, a ja zaraz dopisuję do niego skojarzenie z "niebem w gębie". 

Podczas porannej lektury znalazłam artykuł o Dżennecie Bogdanowicz. Ta potomkini tatarskich rodów, uczyniła z podlaskich Kruszynian wieś, której odwiedzić nie wstydzi się inny, tym razem wszystkim znany potomek, potomek królów. Kto dokładnie nie zdradzę na wypadek, gdyby ktoś zechciał sięgnąć po lekturę. Udało jej się to dzięki zamiłowaniu do kuchni tatarskiej, którą raczy wszystkich przybyłych gości. Od dziś jednym z moich kulinarnych marzeń jest zjedzenie robionych przez nią kołdunów. Dżenneta Bogdanowicz twierdzi, że to Tatarzy przywieźli do Europy z Chin pierogi, a ja nie śmiem polemizować. Jednak myli się ten, kto uważa, że w Kruszynianach jest po prostu jakaś restauracja. Rodzina Bogdanowiczów otworzyła swój dom dla gości. Na początku turyści odwiedzali meczet, a przy okazji zaglądali do domu Dżennety. Bardzo szybko jednak jej kuchnia, dom i rodzina stali się głównym celem wędrówek. Podziwiam i zazdroszczę tego co udało jej się stworzyć, mimo sceptycznych spojrzeń, kiedy zaczynała realizować swój pomysł. Miejsca pachnącego tatarską kuchnią, które stało się jej sposobem na życie. Domu, do którego nie tylko tłumnie przybywają turyści, ale który pokazał jej córkom, że nie muszą za wszelką cenę starać się być takie jak inni, by uzyskać uznanie. Na koniec przytoczę fragment z artykułu, który wyjątkowo mi się spodobał, i który mógłby być odpowiedzią na ten mój zachwyt i niedowierzanie, że tak się da.

"-Czegoś takiego nie da się zrobić z wyrachowania, z biznesplanem w ręku - mówi Dżenneta. - Słyszę czasem: "ależ miała pani nosa do interesu!". Bzdura! To był po prostu mój pomysł na życie. Udało nam się, bo jesteśmy autentyczni - stwierdza stanowczo. (...)".
Artykuł, którym się posłużyłam nosi tytuł: "Tatarska gościnność" i znajdziecie go na stronie 68 miesięcznika Zwierciadło, maj 2012.


Na sam koniec przepis na twarożek i herbatę.

Składniki:
twarożek
200g twarogu półtłustego
100g śmietany 18%
pęczek rzodkiewek
1 plasterek cebuli
sól i pieprz do doprawienia
herbata
czarna herbata
obrana skórka z mandarynki, kilka małych plasterków
szczypta imbiru

Sposób przygotowania:
Rzodkiewkę kroimy w kostkę (ja lubię większe kawałki o boku do 1cm). Drobno siekamy cebulę. Wsypujemy do miseczki. Dodajemy twaróg i śmietanę. Wszystko mieszamy. Doprawiamy solą i pieprzem.
Do kubka wkładamy herbatę, imbir i skórkę z mandarynki. Zalewamy gorącą wodą. Gotowe! Nic specjalnego :)