wtorek, 11 września 2012

poniedziałek, 10 września 2012

Chianti

Piękne krajobrazy, sielskie miasteczka, wszechobecne jedzenie i wino - inny świat.







środa, 5 września 2012

Pappardelle z 3 sosami i kilka słów o wakacjach


Chwilowo na blogu nie mogę zamieścić ładnych zdjęć potraw, ponieważ po kilku latach marzeń, wreszcie wybrałam się w podróż do pięknych Włoch. Choć bella Italia przywitała nas ozięble, staramy się nie poddawać. Temperatura waha się od 15 do 25 stopni, a deszcz pada co kilka godzin i nocami. Nasz agroturystyczny godpodarz patrzy w niebo i powtarza zadziwiony:
- Not normal...
Ponoć od 3 miesięcy nie spadła kropla wody, a deszcz zaczął padać w dniu naszego wyjazdu z Polski. Obecna pogoda, bardziej przypomina angielskie wichrowe wzgórza i typowa jest dla włoskiego listopada, ale od jutra ma być lepiej i może dane nam będzie przeżyć kilka typowych wrześniowych dni w Toskanii. W związku z marną aurą zdążyliśmy odwiedzić jedynie Lukkę i Pizę, a reszta dni upływa nam na czytaniu zaległych lektur (co widzicie na zdjęciu poniżej- recenzja niebawem) i czekaniu na słońce. 

Bardzo pobieżnie weryfikuję dotyczące Włochów i ich kraju stereotypy. Północno-środkowa Italia jest piękna, jeśli chodzi o krajobraz. Góry, doliny i próba ich ujarzmienia przez mieszkańców. Domy na stromych zboczach, pola, winnice, wszechobecne przydomowe ogrody. Za tym wszystkim idzie architektura, o ile to nie za szumne słowo dla tego, o czym chcę napisać. Nie mam bowiem na myśli słynnych duamo, czyli katedr zdąbiących popularne toskańskie miasta, czy innych zabytków kultury, a zwykłe domy widoczne na terenach wiejskich. W większości wybudowane z tego co dała ziemia, czyli kamieni. I dachówki, niezmiennie czerwone. Powtarzalność tych domów, często częściowo obrośniętych winoroślą, robi niesamowite wrażenie. Co z tego, że część z nich się prawie rozsypuje. Wspaniale współgrają z krajobrazem i zaskakują tym jak piękne może być coś, co zostało zrobione z czysto praktycznych pobudek. Prosta bryła, budulec z tego co pod ręką i okiennice, by schronić się przed słońcem, gdy temperatura sięga 40 stopni.

Sami Włosi wydają się być dokładnie tacy jak sobie ich wybrażamy. Po pierwsze glośni, ekstrawertyczni, ekspansywni. Wylewnie żegnają Cię w sklepie, a na drodze uznają tylko prawo dżungli. Wygrywa ten, kto silniejszy, pasy ruchu konsekwentnie ignorują, a jazda pod prąd motocyklem na rondzie nie powinna zbytnio dziwić. W wiejskim miasteczku zobaczymy dziadka z laską i pieskiem, który wyszepcze bon giorno, mijając Cię na drodze, a w sklepie starszy pan sprzedający sery, ani myśli mówić po angielsku, za to uśmiechnie się rozbawiony, a wyglądać będzie jak z filmu - śniada cera, posiwiałe włosy, fartuch przewiązany w pasie i ten błysk w oku, który mówi, że właśnie trafiłaś na eksperta w swojej dziedzinie.

Włoskiego jedzenia, na dobrą sprawę, nie było mi dane jeszcze spróbować. Jedno jest pewne - wina kupione za 2 euro są smaczniejsze niż większość win kupionych poniżej 30zł w Polsce. Makaron taniutki. W związku z tym, że do tej pory rzadko wychylałam nos poza gospodarstwo, w którym mieszkamy, gotuję go z entuzjazmem. Na koniec, przy okazji mojej włoskiej wyprawy, trzy krótkie przepisy na sos do makaronu.

Pappardelle na 3 sposoby


UNO. Sos z pieczarkami
Składniki:
15 średnich pieczarek
2 średnie cebule
300g piersi z kurczaka
200g śmietany 18%
kieliszek białego półwytrawnego wina
oliwa z oliwek
pieprz, sól

nie zaszkodzi również: 2 garście natki pietruszki dodane na końcu

Sposób przygotowania:
Kurczaka pokroić w kostkę. Cebulę pokroić w piórka. Pieczarki pokroić w plasterki. 
Podsmażyć na oliwie z oliwek kurczaka z cebulą, na dużym ogniu, żeby kurczak się zrumienił, a cebula zmiękła. Dodać pieczarki, posolić i solidnie popieprzyć. Smażyć aż odparuje cała woda, która wypłynęła z pieczarek. Dolać wino i odparować. Dolać śmietanę. Gotować na średnim ogniu mieszając do połączenia składników. W razie potrzeby doprawić pieprzem i solą.
Podawać z ugotowanym w osolenej wodzie makaronem.

DUE. Sos z tuńczykiem i papryką (zdjęcie powyżej)
Składniki:
puszka tuńczyka w zalewie wlasnej
1 papryka czerwona
3 szalotki lub 1 średnia cebula
5 łyżek passaty lub 2 łyżki koncetratu pomidorowego
200g śmietany 18%
oliwa z oliwek
pieprz i sól 

nie zaszkodzi również: łyżeczka otartej skórki z cytryny lub 1 pokrojony w drobną kostke ogórek kiszony podsmażony na początku razem z papryką i cebulą

Sposób przygotowania:
Pokroić w kostkę paprykę i cebulę. Odsączyć tuńczyka z zalewy. Podsmażyć na oliwie cebulę z papryką aż cebula się zeszkli. Dodać tuńczyka i passatę (koncentrat pomidorowy). Przesmażyć razem ok. 2 minuty. Dodać śmietanę. Dokładnie wymieszać i doprawić solą i pieprzem.
Podawać z ugotowanym w osolonej wodzie makaronem.

TRE. Sos pomidorowy z salami
Składniki:
500g passaty lub puszka pokrojonych pomidorów (400g)
2 średnie cebule
4 ząbki czosnku
80g salami
3 gałązki okazałej bazylii
oliwa z oliwek
pieprz i sól

Sposób przygotowania:
Pokroić w drobną kostkę cebulę i czosnek. Salami pokroić w paski grubości ok. 1,5cm. Podsmażyć czosnek, cebulę i salami na oliwie aż cebula i czosnek zmiękną. Dodać passatę (pomidory z puszki), odparowac aż sos nabierze gęstej konsystencji. Doprawić solę i pieprzem. Na koniec dodać poszatkowaną bazylię.
Podawać z ugotowanym w osolonej wodzie makaronem.

piątek, 25 maja 2012

Chata Wędrowca - Wetlina (Bieszczady)


Od dwóch tygodni na blogu nic się nie dzieje, a jednym z głównych powodów jest urlop, który miałam przyjemność spędzić w Bieszczadach. Główną atrakcją miała być oczywiście przyroda, bezludne szlaki (specjalnie unikałam weekendu majowego) i minimum kontaktu ze wszystkim, co leży dalej na północ. Przy dużej tolerancji dla pogody, która postanowiła, że odpowiednią temperaturą w te dni będzie 5 do 10 stopni i sporej tolerancji dla własnej mizernej kondycji, która spadała dramatycznie dzień po dniu i pokazywała, że mieszczuch nawet w Bieszczadach może poczuć się jak na Mount Everst, wiedziałam, że jest coś czego tolerować nie chcę i nie będę. Jeśli chodzi o jedzenie, ma być smacznie, sycie i w przyjemnej atmosferze.

Czasem zdarza się tak, że gdzieś wyjeżdżam, dzień po dniu tułam się od knajpy do karczmy, od karczmy do przydrożnego baru, od baru do ponoć dobrej restauracji, a po powrocie trudno wskazać mi miejsce, które mogłabym ze spokojnym sumieniem komuś polecić. Tym razem jest inaczej, co więcej, to miejsce jest stałym elementem mojej opowieści o tegorocznej bieszczadzkiej wyprawie. Miałam to szczęście, że przez zupełny przypadek trafiłam do niego już pierwszego dnia mojego pobytu, do Chaty Wędrowca w Wetlinie.

Oprawa, czyli wabik na Klienta

Chata znajduje się w centrum Wetliny, w sąsiedztwie kilku podobnych do siebie karczm/gospód/restauracji. Istnieje więc spora szansa, że wybierając się do jednej z nich ktoś Chatę przegapi, a to już błąd. To co do niej przyciąga to drewniany szyld, na którym reklamuje się sławetny naleśnik gigant i chyba właśnie ten napis dostrzegłam rano, by pod wieczór, schodząc ze szlaku, ostatkami sił czołgać się w tamtym kierunku.

Na parterze znajduje się pijalnia piw słowackich i czeskich, na górze - restauracja. Wnętrze restauracji jest bardzo przytulne i kameralne. Ciepłe światło, drewniane ściany, a na nich zdjęcia i ryciny. Dookoła mnóstwo bibelotów z innej epoki, które nie raz skłaniają do zabawy w zgadywanie do czego należy ich używać. Na parapetach książki i gazety. W wiszącym kredensie, za szklanymi drzwiami miód i inne przetwory. Wszystko dobrane z gustem i dobrym smakiem, nic dziwnego, że miejsce to zostało dostrzeżone przez dziennikarzy miesięcznika Weranda Country.

Menu to cała osobna opowieść. Ktoś kto je wymyślił miał łeb na karku i nie tylko o dania mi chodzi. Do rąk dostajemy złożoną na pół kartkę formatu A2 w barwach ecru i granatu, a na niej masę informacji. Od autoreklamy, czyli pochlebnych recenzji, listy wyróżnień (w tym certyfikat MADE IN BIESZCZADY) i opowieści "jak to się zaczęło", przez listę potraw, gdzie pomysłowe, rymowane nazwy kryją naprawdę smaczne, świeże dania, po telefon ratunkowy GOPR i rozkład jazdy pociągów turystycznych. Menu można wziąć pod pachę na pamiątkę lub jako wizytówkę, bo oprócz jedzenia Chata Wędrowca służy również noclegami. Bardzo to przebiegle pomyślane.

O naleśniku gigancie, który chce odwrócić uwagę od reszty

Źródło: http://www.facebook.com/ChataWedrowcaWetlina
Naleśnik gigant z jagodami to potrawa, która zdobyła wymieniony wcześniej certyfikat i można o nim z dumą mówić jako o bieszczadzkim produkcie lokalnym. Każdy kto lubi jeść i czasem oddalić się od domu poluje na takie smaczki. Naleśnik ów z naleśnikiem wydaje się mieć niewiele wspólnego, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Zamawiając go dostaniemy na talerzu gigantycznego racucha w towarzystwie śmietany i jagód. Nie radzę traktować go z wyższością i zostawiać sobie na deser, bo właściciele restauracji wiedzą, że nic nie drażni klienta tak bardzo jak fałszywa reklama i kiedy piszą gigant, giganta nam serwują. Nie bez powodu również podkreślają, że można zamówić połówkę owego giganta. Serdecznie polecam poprosić całość na dwie osoby. Wtedy dopiero zobaczycie o jakich gabarytach mowa. Co do samego smaku, jest to danie z serii tych, o których mniej więcej wiemy czego możemy się spodziewać, ale za każdym razem jesteśmy zaskoczeni jak pyszne może być coś tak prostego.

Jagody jednak, czy to na naleśniku czy w pierogach były dopiero na drugim miejscu mojej listy must eat w Bieszczadach. Na pierwszym miejscu był pstrąg. W Chacie wypatrzyłam go na Talerzu Wasyla. Smażony na maśle z ziemniakami i surówką. Na talerzu dostałam mniej więcej 300g rybkę w całej swej krasie. Silnie doprawioną solą i czosnkiem i na pewno czymś jeszcze. Trzeba było na nią chwilkę czekać, ale nie wymagajmy, żeby naprawdę dobre danie, po którym czuć, że ktoś poświęcił mu należytą uwagę, pojawiało się na stole w 10 minut. Do ryby zapiekane ziemniaczki i świeża sałatka. Tu też chciałam zwrócić na coś uwagę. Ładny, świeży ziemniak, świeża sałata, zielony ogórek, majonezowy dresing. To nie jest majątek. Nie jest to też coś trudnego do przygotowania. Powiedziałabym, że to nawet pewien minimalizm, ale człowiek ma wrażenie, że je warzywa dobrej jakości i bardzo za to restaurację ceni. Może to są urojenia, ale mam wrażenie, że sałatkę leżącą od rana od świeżo pokrojonych warzyw rozróżnić można i że robi to różnicę. Klient ma wrażenie, że coś zostało przygotowane specjalnie dla niego. Wracając do pstrąga, również polecam gorąco, poziom został zachowany.

Kolejne danie, które postanowiłam testować to marynowane polędwiczki wieprzowe. Miękkie, delikatne, bardzo gustownie doprawione. Do nich dressing. Podany osobno. Świeża sałatka. Znów strzał w dziesiątkę. Znów polecam z czystym sumieniem.

Jednak... widziałam tam coś, co mojego zachwytu nie wzbudziło i byłam zaskoczona, że w ogóle pojawiło się na talerzu klienta. Na szczęście nie był to mój talerz, ale talerz na tyle mi bliski, że pokusiłam się o degustację. Były to naleśniki z mięsem i warzywami. Naleśniki, które wyglądały jak naleśniki. Nadzienie zgodnie z opisem z mięsem i warzywami. Mięso mielone, solidnie przyprawione curry i złagodzone śmietaną. Nie porwała mnie ta kompozycja, a i porcja była taka, że zmęczony wędrowiec zdecydował się wtedy na zamówienie kolejnej potrawy, bo wbrew zapewnieniom obsługi do sycących nie należały. Do dziś nie wiem czy to wypadek przy pracy, czy ja po pierwszych doświadczeniach dostałam zwykłe, przyzwoite naleśniki, ale byłam już zbyt rozpieszczona wcześniejszymi daniami.

Slow food, czyli modne teraz słowa

Wśród różnych zapisków znajdujących się w menu znajduje się notatka pod tytułem Nasza Kuchnia a ruch Slow Food

Źródło: http://www.decare.pl/produkty-autentyczne
Cała idea tego ruchu jest jakąś tęsknotą za zerwaniem niepryskanego pomidora prosto z krzewu i wbiciem w niego zębów. Wyraża czasem nie do końca świadomy opór przed tymi nadpsutymi produktami, na granicach daty przydatności do spożycia zalegających na półkach supermarketów. Hodowanych nie wiadomo gdzie, nie wiadomo przez kogo, w jakich warunkach. O warunkach hodowli kurczaków i jaj nikomu chyba mówić nie trzeba. Jesteśmy jeszcze tym pokoleniem, które pamięta, że kiedyś było inaczej. Niektórzy mają wspomnienia związane z duszną szklarnią pełną zielonych ogórków. Ja takie wspomnienia mam. Mam też odruch wymiotny, kiedy wchodzę do pełnego ludzi i plastiku supermarketu i odruch morderczy, kiedy widzę, że kupiona rzodkiewka nie przetrwała dwóch dni w domu. Choć pozornie fajnie jest mieć dostępne przeróżne produkty przez cały rok, to wolałabym by ich nie było niż, by smakowały jak teraz. Do dziś czereśnie są najpyszniejsze, bo dostępne dojrzałe tylko w wąsko określonym czasie.

Slow food wspiera regionalne uprawy, chce by to co lokalne nie było wypchnięte przez to co globalne. Staje trochę wbrew myśleniu kategoriami zysków i strat. Nadaje wartość nie tylko samemu produktowi, ale i jego otoczeniu, historii, wytwórcom. Podkreśla, że oderwanie produktów od miejsc ich narodzin pozbawia je ich charakteru. Każe patrzeć szerzej. Jednocześnie pokazuje, że ograniczenia są dobre, a to już odważna teza we współczesnym świecie, gdzie dorośli ludzie jak rozkapryszone dzieci chcą wszystko, już, teraz, pod dom, tanio.

Tego typu tęsknoty, pragnienia i bolączki siedzą gdzieś w trzewiach ludzi, którzy z różnych względów ideę slow food uznają za sobie bliską. Chata Wędrowca korzysta z lokalnych produktów, nie sprowadza na siłę składników, których nie ma. Naleśnik gigant to danie bazujące na tym co bliskie, bieszczadzkie. Proste jagody, tak łatwo dostępne do zebrania. Kucharz podkreśla, że zależy im na minimalnej obróbce produktów, żeby można było docenić ich prawdziwy smak. I o ile slow food nie jest słowem wytrychem, chwytem marketingowych, a w tym przypadku tak nie jest, to staje się pewnym drogowskazem, do ludzi, którzy kuchnie traktują podobnie jak my. Jeśli z odwagą wprowadzają swoje deklaracje w życie i dla swoich gości gotują z podobną filozofią to istnieje spora szansa, że jedzenie tam będzie dla nas dużą przyjemnością. Czego i Wam w Waszych podróżach kulinarnych życzę.

P.S. Slow food przełożył się na ideę slow blogging, więc gratuluję wytrwałym, którzy czasem w sieci chcą przeczytać coś dłuższego niż nagłówek z portalu internetowego.